Czasem deszcz, czasem nie


Często kojarzę swoje przyszłe pary młode. Lębork jest małym miasteczkiem, więc zazwyczaj jest tak, że chodziliśmy razem do szkoły albo to koleżanka kuzynki bierze ślub albo syn taty kumpla brata. Wszyscy się znają lub kojarzą. Dominikę i Serafina nie znałam kompletnie, nie kojarzyłam i pierwszy raz spotkaliśmy się przy podpisywaniu umowy. No i powiem tak: zaiskrzyło. Między nimi oczywiście dużo wcześnie, ale trochę tak między nami też. Od razu podłapali moje poczucie humoru, a ja często dużo gadam i to często głupoty, ale jak sami stwierdzili, gdy spotkaliśmy się już po weselu: rozładowałam atmosferę. W ich przypadku naprawdę niewiele trzeba było bo Dominika i Serafin to świetna, radosna i widać, że naprawdę szczęśliwa para, która swoją radością zarażała wszystkich wokół tego dnia. Wierzę w to, że mogli być spięci, w końcu dzień ślubu to kulminacja miesięcy planowania, podejmowania decyzji, a niekiedy sporów. W każdym razie ja napięcie czułam jedynie na swojej twarzy, gdy poliki bolały mnie już od ciągłego uśmiechu. Znacie to uczucie, prawda? Jedno z moich ulubionych :)


Na ten dzień Para Młoda jest wiele w stanie zaplanować i przewidzieć, jednak niestety wciąż nie mamy wpływu na pogodę. A tego dnia coś tak zapowiadało się na deszcz. Chmury wisiały ciężko jak pierzyna wywieszona na osiedlowym trzepaku. Pomimo to udało się nam zorganizować przygotowania pana młodego w ogrodzie. A te wiszące pierzyny stworzyły nam wręcz wyjątkowy i tajemniczy klimat.


Po mszy goście weselni i para młoda dość szybko eskortowali się na salę weselną Amelia w Zelewie - a szybko bo to był właśnie ten moment, gdy z nieba spadł gęściutki deszcz. W drodze na salę przeżyłam mini horror po tym jak kolejny raz z rzędu moje nemezis numer jeden - Google maps - wywiódł mnie na tak zwane "skróty". W tej aplikacji na bank siedzi jakiś troll, który heheszkuje, wysyłając kierowców przez drogi gruntowe. Myślałam, że zgubię koło, nadwozie, tłumik i co tam jeszcze w samochodzie zgubić można i już w głowie zaczął rodzić się czarny scenariusz fotografa - nie dojadę na wesele. Tak się oczywiście nie stało, ale to już taki urok tych sal, że nie znajdują się raczej w centrum miasta z cudowną infrastrukturą.

Udało mi się dojechać z całym autem i w dodatku przed parą młodą. Wtedy mam czas na zdjęcia sali i dekoracji, mogę zapoznać się z obsługą i zrobić mały szybki wywiadzik - czy devolay będzie z samym masłem czy z serem? :D

Obsługa w Amelii była przesympatyczna i naprawdę profesjonalna. Można powiedzieć, że miałam tego dnia dream team razem z kapelą i kamerzystą :)


Czas do oczepin zleciał szybko bo czas zawsze leci szybko, gdy dobrze się bawisz. Niby jestem wtedy w pracy, ale nigdy nie będę obojętna tej radości. Tańczę z aparatem między gośćmi, śpiewam sto lat i żartuję z wujkami. Ale wiadomo - na wujków trzeba uważać ;)


Enjoy moi mili :)

Ściskam cieplutko, Gajderka